Już się zmiechrzało a ja szłam sobie po ulicach. W pewnym momęcie
poczułam jak by ktoś mnie obserwował. Przyspieszyłam kroku. Weszłam do
parku i zaczęłam biec. Nikogo już w nim nie było. Poczułam ból w nodze i
na plecach. Przyspieszyłam i jeszcze trochę podbiegłem, ale w końcu
upadła. Spojrzałam na nogę miałam na niej śladu pięciu pozorów. Słońce
już całkiem zaszło. W ciemnościach zobaczyłam parę pomarańczowych oczu.
-Witam.- usłyszałam chrapliwy głos. Wstałam (ranay już nie było.)
-Żegna.- Warknęłam.
-Już się żegnasz? Naprawdę?- spytał drwiąco.
-Tak. Slejs.- dodałam to ostatnie przez zaciśnięte zęby. Podszedł bliżej i złapał mnie za kurtkę.
-Taka mała a taka denerwująca.- warkną.
-Dziękuję.
-I jaka bezczelna.- walnął mnie w twarz. Wyrwałam się mu i zaczęłam
uciekać. Poczułam że trzyma mnie za kurtkę. Zajęłam ją i zaczęłam biec
dalej. Poczułam ból w ręce. Spojrzałam na nią krew poplamiła bluske.
-Slejs wierz że jestem Wilkenem i że rany zadane przez ciebie zaraz
mi się goją.- krzyknęłam ze śmiechem. Nie usłyszałam odpowiedzi.
Poczułam jeszcze ból w plecach. Przyspieszyłam w biegu i wskoczyłam w
zarośla. Słyszałam że Slejs przebiega koło nich i biegnie dalej.
Poczekam parę minut, odetchnęła z ulgą i wyszłam z krzaków. Skierowałem
się w.stronę przeciwną w którą pobiegł ten szatan. Gdy tak szłam zaczął
kupić deszcz. Gdy wychodziłam z parku rozpadło się na dobre. Lało jak by
ktoś wylewał wodę z wiadra na miasto, a ja nie miałam kurtki a dom pani
Smit był na drugim końcu miasta. Szłam tak w poszarpanych ubraniach gdy
usłyszałam czyjś głos.
<Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz